Menu

pamiętnik z podróży tramwajem

szkice osobiste

F2

lvajxi03

Kiedyś wrzucałem naprawdę dużo korpo-sucharów na fejsa, ku uciesze okolicznej gawiedzi. Teraz w korpo trochę się posypało, no i w ogóle to nie mam czasu.

Nie mam, bo od grudnia praktycznie każdego dnia rysujemy rebusy. Standardem jest osiem na jednej kartce, kilka kartek dziennie. Właśnie doliczyłem się całej zużytej ryzy białego papieru, więc dokumentuję dla potomności (no i całość pójdzie na przemiał, bo raczej nie zabiorę do domu, kominek chwilowo nieczynny...)

rebusy

117: Dezinformacja (2015)

lvajxi03

Przyszedłem z samego rana, ale nie byli zaskoczeni. Ot, prowadzili otwarty dom, każdy wchodził i wychodził wtedy, gdy miał na to ochotę. Tylko w nocy musieli otwierać tym, którzy chcieli się zwyczajnie zdrzemnąć przed wyruszeniem w drogę.

Zaparzyłem kawę według najlepszej indyjskiej receptury, której w ogóle mnie tu nauczono. Tak, przychodziłem tu od dłuższego czasu, buszowałem po ich regale albo przebierałem w ogromnym pudle z płytami. Rzeczywiście, mieli co czytać i czego słuchać. Miejska biblioteka nie była aż tak dobrze wyposażona, było czego zazdrościć.

Wychowywali piątkę adoptowanych dzieci pomimo tego, że siedzieli całymi dniami w domu i chwytali się głównie dorywczych zajęć: tłumaczeń, felietonów albo pism wszelakich. Często kręciło się tu sporo interesantów, ci jednak nie zostawali na obiad ani na kolację, mimo serdecznych próśb ze strony gospodarzy. Sam nie miałem żadnych oporów przed przyjęciem zaproszenia do stołu.

Przyszedłem z samego rana, zaparzyłem kawę i dojadłem resztkę śniadania: jajecznica z curry i suszonymi pomidorami. W zlewie czekała na mnie reszta naczyń, a później pranie: patrzyli na mnie z wdzięczności, zwykle w ich mieszkaniu panował sympatyczny bałagan, ale przecież pewnie rzeczy trzeba robić regularnie, bo inaczej zabraknie albo czystych spodni albo talerzy.

Zdarzało mi się jeszcze odrabiać z najstarszymi zadane w szkole lekcje, chociaż nie garnęły się specjalnie do nauki, ale najczęściej układałem klocki razem z młodszymi albo zwyczajnie tarzaliśmy się wszyscy po dywanie ze śmiechem, dzieci wdrapywały się na wujka (czyli na mnie) i przyprawiały go o zakwasy w dniu następnym.

Dorzucałem się do wspólnego budżetu, w końcu jadłem, piłem i czytałem przy elektrycznej lampce za darmo. Większość odwiedzających robiła tak samo, inni i tak bywali tu tylko przelotem.

Pomagali wszystkim albo prawie wszystkim, sami wyszli z ogromnej biedy i z sierocińca, stąd decyzja o adopcji. Lokal socjalny, podarowany przez państwo, później stał się solą w oku samorządu: tutaj mieli zbierać się dysydenci i knować paskudnie przeciwko obecnej władzy. Policja często robiła rewizje, ale chyba szybko ktoś poszedł po rozum do głowy i odpuścił, bo donosów nie było już od dawna, a akcje z podsłuchami zakończyły się skandalem.

Wieczorami w mieszkaniu zbierali się różni ludzie, żeby zwyczajnie podyskutować o wszystkim, często skakano sobie do gardeł. Większość z nich chciała uczynić system nieco bardziej lżejszym i strawniejszym dla zwykłego obywatela, ale nie zanosiło się to zbyt prędko.

Na takie spotkania, luźne i niezobowiązujące, przychodzili także przedstawiciele Partii, w tym moja skromna osoba. Nie przekonamy chyba nikogo, że bez powszechnej rewolucji los ludu pracującego miast i wsi nie polepszy się, że bez odebrania rozkradzionego majątku państwa, który stał się nagle własnością bogatych zwyczajnie się nie uda. Byliśmy pod ostrzałem z każdej strony, a gdy nas w końcu zdelegalizowano, postanowiliśmy spotykać się właśnie tutaj, lokatorzy nie mieli nic przeciwko.

Pewnego dnia usłyszałem:

– Dezinformacja. Trzeba coś z tym zrobić.

Zaliczyliśmy kilka spektakularnych wpadek, prawdopodobnie winny był przeciek gdzieś w tym mieszkaniu, podczas którejś z kolacji.

Z przerażeniem odkryliśmy, że mniej więcej w tym samym czasie ustały niespodziewane policyjne naloty i polepszyła się ich sytuacja finansowa, jednocześnie pojawiła się ta cholerna dezinformacja i nasze wpadki.

– Trzeba coś z tym zrobić.

Dlatego przyszedłem z samego rana, aby ich zabić, ale nie byli zaskoczeni, prowadzili otwarty dom, każdy wchodził i wychodził wtedy, gdy miał na to ochotę. Zrobiłem kawę i zjadłem śniadanie, pozmywałem i tak dalej. A później usiedliśmy we trójkę.

– Musieliśmy – powiedział, wzruszając ramionami – inaczej dobraliby się do nas na amen i już dawno stracilibyśmy dzieci.

– Co zamierzasz zrobić? – spytała tymczasem jego żona.

– Zastrzelić was – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Nic innego nie wchodzi w rachubę.

Siedzieli w milczeniu, beznamiętnie całkiem, jakby od dawna pogodzili się już z losem. Głowy spuszczone, ręce na kolanach, pozostawało wycignąć rewolwer, odbezpieczyć i strzelić.

Tak właśnie zrobiłem.

– Ślepe naboje nie są do tego najlepsze – zauważył komisarz policji, wychodząc z pokoju obok. – Przez kamizelkę kuloodporną też nie przejdą. Przykro mi. Raczki do góry, poproszę.

Rzucono mnie na ziemię, zaklejono mi oczy i usta taśmo. Zostałem związany i zawinięty w dywan.

O tym, co było dalej, wolałbym nie pisać.

dp-0x18 (2014)

lvajxi03

musisz

coś z tym zrobić mówisz musisz

uwierzyć

w siebie w nas musisz się w

końcu

przemóc nie możesz czekać aż

deszcz

przestanie padać kiedyś przecież

zamierzasz

zmienić cały swój świat mówisz a

sama

uciekasz gdy tylko pierwsze

ziarenka

piasku w oczy albo wiatr to

nie

fair

 

F1

lvajxi03

Wychodzi na to, że wszystkim nam w domu szkodzi zwykłe mleko i masło, a z tymi bez laktozy jest zdecydowanie lepiej. Na osiedlu mamy -- jeszcze -- wszystkie możliwe dyskonty spożywcze (cóż za rdzennie polskie określenie), więc poszedłem się rozejrzeć, no i:

  • w Biedronce mają masło, mleko, ser żółty, serek wiejski bez laktozy, w rozsądnych cenach
  • w Lidlu tylko mleko oraz jogurty owocowe, masła nie uświadczy (przestaliśmy sprowadzać -- powiedziała kierowniczka)
  • w Carrefourze mleko, masło, jogurty (ale tylko truskawkowe) owocowe i naturalne, ser żółty, serek wiejski i twaróg typu klinek
  • w Kauflandzie okrągłe zero
  • Lewiatany różne mają najczęściej masło, mleko i ser żółty w cenach także rozsądnych

Gdy się już przeprowadzimy, zakupy w supermarkecie będą prawdziwą wyprawą -- najbliższa Biedronka będzie w Krakowie, na Powstańców. Na wsi tylko Lewiatan, z kosmicznymi cenami (brak konkurencji), który wcale nie musi sprowadzać niczego bez laktozy.

A może w końcu zakupy on-line? Ale odkąd nie ma Almy...

E8

lvajxi03

Chyba dojrzewam do jakiegoś technicznego bloga, bo często muszę odkrywać koło na nowo, nawet po latach -- widocznie mam jakieś niszowe problemy, nikt na nie nie trafia albo trafia, ale zniechęca się i wybiera coś innego.

Tylko gdzie? Blox? Dobre sobie.

***

Dłubię sobie coś prywatnego ostatnio -- tych rysunków robi się już naprawdę dużo, trzeba je jakoś przeglądać i katalogować. Najlepiej napisać coś, co zadziała wszędzie raz, a dobrze.

Napisałem dwa proste programiki-przeglądarki, z selektorem plików i katalogów plus oczywiście przeglądany obrazek obok. Umiem obsłużyć całkiem sporą ilość formatów graficznych (w zasadzie to GdkPixbuf i Pillow robią to za mnie), skaluję, przesuwam, obracam i tak dalej. Być może projekt zasłużył na własną stronę na pages.github.com i upublicznienie źródeł, no ale... to się jeszcze zobaczy.

PyGTK jest brzydkie pod MacOSX, ale działa, pisze się dość szybko i wygodnie. W Windows i X11 problemów z wyglądem nie ma.

hvgtk

wxWidgets... no, nie było mnie tu kilkanaście lat! Crossplatformowość ma jakiś narzut, ale za to wszystko ładnie śmiga wszędzie, nawet wygląda bardzo makowo, łącznie z normalnym menu i prawidłowymi skrótami klawiszowymi.

hvwxpy

Kiedyś pisałem coś podobnego w C++, teraz niech będzie to wyłącznie Python -- daję sobie przysłowiowe pół roku.

 

© pamiętnik z podróży tramwajem
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci